[phpBB Debug] PHP Notice: in file /viewtopic.php on line 993: date(): It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected the timezone 'UTC' for now, but please set date.timezone to select your timezone.
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /viewtopic.php on line 993: getdate(): It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected the timezone 'UTC' for now, but please set date.timezone to select your timezone.
Forum mieszkańców Zagłębia Dąbrowskiego • Zobacz temat - Relacja na linii Ślązacy-Zagłębiacy

Relacja na linii Ślązacy-Zagłębiacy

Avatar użytkownika
Posty: 2832
Dołączył(a): Śr, 4 czerwca 2008, 22:20
Lokalizacja: Środula
PostNapisane: Pn, 1 grudnia 2008, 01:19
Hanysi - kontra Gorole
To nie będą przemyślenia historyka, socjologa czy też politologa lecz przeciętnej mieszkanki Śląska, która urodziła się na nim, wychowała, żyje i zna przyczyny niechęci Ślązaków do tych osób, które nie pochodzą z ziemi śląskiej.Niedawno miałam okazję przeczytać artykuł "Ślązacy to pijacy!", w którym autor m.in. zastanawia się: Śląsk nie lubi Zagłębia, bo... no właśnie, bo co? Ciekawe kto jeszcze się orientuje skąd taki ostry podział. Młodzież tych regionów, która pała do siebie nawzajem nieuzasadnioną nienawiścią najprawdopodobniej nie zna historii i nie wie od czego się te wszystkie uprzedzenia zaczęły. Czemu więc niechęć trwa?(...) Tego nikt nie wie, ale przynajmniej tradycja została podtrzymana. Tekst ten sprawił, że i ja przystanęłam nad tym tematem. Ale nie myślę o tym ani od dziś, ani od wczoraj. Te myśli powracają często, ponieważ z racji mojego pochodzenia nie jeden raz mogłam obserwować zachowania, wynikające z niechęci a nawet z nienawiści rodowitych Ślązaków do ludzi, którym nie było dane urodzić się na Śląsku. Żeby być sprawiedliwą, muszę dodać, że ta wrogość bywa obustronna.

My-Hanysi, Wy-GoroleByć może nie wszyscy wiedzą, co znaczy słowo "Hanys". To nikt inny jak mieszkaniec Górnego Śląska. Pierwotnie miało to być określenie obraźliwe, niejako sugerujące pochodzenie niemieckie (Hans - odpowiednik polskiego Jana). Jednak na tyle przyjęło się ono wśród Ślązaków, że dziś każdy z nich powie o sobie z dumą: Hanys. Od dawien dawna są więc Hanysi i reszta Polaków, zwanych „Gorolami". Słowo „gorol" narodziło się na Śląsku półtora wieku temu. Wtedy określało przybyszów z gór (górole) a dziś generalnie określa wszystkich nie-Ślązaków.A on jest „krojcokiem"! Między Hanysem a Gorolem jest jeszcze ktoś pośrodku - „krojcok", czyli pół-Ślązak, pół-gorol. Takie przypadki są o tyle szczególne, że bywają owocami związków dwojga ludzi, którym często na drodze do szczęścia stają właśnie uprzedzenia Ślązaków do „obcych". Nie trudno się domyślić, że w takim wypadku „ofiarą" jest gorol, który zdecydował się zostać nowym członkiem śląskiej rodziny.Znam wiele przypadków, często tragicznych, kiedy młode żony czy też mężowie boleśnie odczuwali niechęć nowego otoczenia. Spędziłam wiele godzin na rozmowach z bardzo bliskimi mi osobami, wysłuchując historii, które potrafiły przyprawić o ból głowy. Gorolowi w śląskiej rodzinie czasem jest bardzo „pod górkę". Jest dyskryminowany, piętnowany, upokarzany, uważany za kogoś gorszego.

Bywa, że mimo wielu lat spędzonych na Śląsku nigdy nie zostaje zaakceptowany jako „swój". Celowo używam tu czasu teraźniejszego. Zjawisko to na szczęście nie jest już tak silne jak kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu ale niestety wciąż można się z nim spotkać.Dlaczego Ślązacy nie lubią „Goroli"? Historia odcisnęła na Ślązakach ogromne piętno - odkąd sięgnąć pamięcią, Śląsk wciąż musiał o coś i z kimś walczyć. W XVI w. łupiony był przez wojska carskie a w następnym wieku stał się własnością Prus. To zapoczątkowało wieloletnią germanizację. II wojna światowa sprawiła, że Śląsk znalazł się pod władzą niemiecką. Po wcieleniu go do Rzeszy, masowo wpisywano jego mieszkańców na niemiecką listę narodowościową, wcielano ich przymusowo do Wehrmachtu, prowadzono brutalną walkę z językiem polskim i wszelkimi przejawami polskości. Ślązacy byli przetrzymywani w więzieniach i obozach karnych, przesiedlani i mordowani. Po zakończeniu wojny problemy Ślązaków jednak nie zniknęły. Ludnością śląską postanowiły zająć się władze PRL. Uznając ją za zgermanizowaną, wysiedlono w ciągu kilku lat kilkaset tysięcy Ślązaków. Wielu z nich było prześladowanych w kraju lub wywożonych do niewolniczej pracy w ZSRR. Próbowano również walczyć ze Ślązakami poprzez zakaz używania śląskiej gwary w szkołach, a także w urzędach, w których na domiar złego na wysokich stanowiskach obsadzano napływowych mieszkańców z Zagłębia. Ślązacy żyli w poczuciu odrzucenia przez resztę rodaków, nazywani „szwabami", „hitlerowskimi synami", traktowani byli jak nie-Polacy. Czy powyższe wydarzenia nie są dostatecznym powodem, żeby Ślązacy czuli się pokrzywdzonymi i odrzuconymi przez resztę kraju? Czy to nie jest wystarczający powód, żeby poczuć niechęć do Goroli? Żeby izolować się od nich? Żeby narodziła się świadomość odrębności?

Śląsk Czarny kontra Czerwone Zagłębie Jeśli mówimy już o niechęci Ślązaków, to chyba powinniśmy położyć szczególny nacisk na ich stosunek do Zagłębia Dąbrowskiego. Co sprawiło, że mieszkańcy sąsiadujących ze sobą dwóch krain, które dzieli jedynie rzeka, byli sobie tak wrodzy? I są niestety nadal. Śląsk to ogromne przywiązanie do tradycji, do rodziny, to etos pracy, to bogata kultura. Śląsk to obchodzone Urodziny (podczas gdy reszta kraju świętuje Imieniny), to rozśpiewane biesiady piwne (nie mające nic wspólnego z pijaństwem), to wyjątkowa gwara (dla reszty kraju twarda i nieprzyjazna), to gra w „skata" z niemieckojęzycznymi komendami (kolory kart to herce, szele, krojce i griny), to tradycyjne, niedzielne, rodzinne obiady (klasyka to: rosół, modro kapusta, kluski śląskie i rolada), to wyjątkowe hodowle gołębi. Przekraczamy rzekę Brynicę i trach! Inny świat - Zagłębie Dąbrowskie, zwane też Czerwonym Zagłębiem, zapewne w celu podkreślenia silnego związku z ruchem robotniczym i z tak samo silne lewicowymi wpływami już od XIX wieku. Zagłębie, to tak inna od śląskiej kultura, ukształtowana odmiennymi wpływami, począwszy od czasów zaborów a skończywszy na „dekadzie gierkowskiej". Właśnie - chyba największy wpływ na negatywny stosunek Ślązaków do Zagłębia miały czasy PRL-u, kiedy to postanowiono zlikwidować różnice między tymi regionami, zgodnie z polityką partii pod przewodnictwem I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, pochodzącego zresztą z Zagłębia. Starsi Ślązacy pamiętają prawdziwy zalew mieszkańców z całej Polski, którzy przyjechali „za chlebem" na Śląsk. Osiadali się oni jednak głównie w Zagłębiu, które stało się istnym zbiorowiskiem reprezentantów różnych województw. Miało się wrażenie, że nie ma tam autochtonów, a jedynie są przyjezdni. Przy tym w większości byli to ludzie ze wsi.

Przyjeżdżali pracować na Śląsk skuszeni propozycją wysokich zarobków i różnych przywilejów. Część z nich zostawała na stałe, inni jednak przyjeżdżali tylko, aby zimą „dorobić", a wiosną wracali na swoje gospodarstwa. Często przeprowadzano akcje werbunkową na terenie całego kraju, polegającą na zachęcaniu młodych ludzi z biedniejszych wsi, aby przyjeżdżali na Śląsk, który zagwarantuje im godziwy byt, lokum, wykształcenie. I to działało. To jednak nie miało pozytywnego wpływu na relacje z rdzennymi Ślązakami. Dlaczego? Mieli oni poczucie, że odbiera im się miejsca pracy, o kierowniczych stanowiskach mogli zapomnieć, ponieważ obsadzano nimi Zagłębiaków, młode małżeństwa w nieskończoność mogły czekać na mieszkania, podczas gdy „napływowi" w zamian za to, że przyjechali pracować w kopalniach czy hutach, otrzymywali od ręki własny kąt w hotelach robotniczych, a w wypadku całych rodzin znajdowały się dla nich mieszkania. Mówili inną gwarą, mieli inne zwyczaje, byli innymi ludźmi, a to dla Ślązaków żyjących w nieco hermetycznym świecie, było trudne do zaakceptowania. Powody niechęci Ślązaków można by długo wyliczać.Tych z „wulca" należało unikaćHotele robotnicze zwane „wulcami" to odrębny temat. Były one nieodłącznym elementem większości śląskich osiedli. Omijało się je szerokim łukiem. Mieszkali w nich dość charakterystyczni ludzie. Można ich zawsze było poznać po typowym ubiorze (moda miastowa za „komuny" odbiegała dalece od wiejskiej), w tylną kieszeń spodni, niczym znak rozpoznawczy, koniecznie musiał być wsunięty wielki grzebień. Sam ubiór jednak nie przesądzał niczego. O wiele gorsza była opinia, jaką cieszyli się owi ludzie. Hotele robotnicze były pełne samotnych mężczyzn, którzy daleko od swoich domów i rodzin, czuli się nad wyraz swobodnie. Ta swoboda w połączeniu z możliwościami, jakie dawało miasto i pieniędzmi, które gwarantowało zatrudnienie na Śląsku sprawiała, że „wulce" stawały się siedzibą pijaństwa i rozpusty. Kawalerskie życie jego lokatorów to była praca a po niej balanga. Wieczne awantury, głośne imprezy mocno zakrapiane wódką i osładzane jednoznacznym towarzystwem kobiet, ciągłe interwencje milicji - taki obraz (choć z pewnością nie do końca prawdziwy) utrwalił się Ślązakom, którzy zmuszeni byli sąsiadować z hotelami robotniczymi. Należy przypuszczać, że w dużej mierze właśnie ci przyjezdni „zapracowali" na niechlubną opinię o gorolach. Silesia? Tak! Ale bez Zagłębia! Dziś są już inni ludzie, inne czasy. Bolesna historia jest już za nami. Młode pokolenie zna ją jedynie z opowiadań. W czasach pokoju, wolności, demokracji, nie mamy powodów, aby czuć niechęci do rodaków z innych regionów kraju. Wszelkie granice zacierają się, wszędzie mamy blisko - wystarczy wsiąść w auto lub samolot, aby w mgnieniu oka znaleźć się w innym mieście, w innym państwie, na innym kontynencie. W zacieraniu tych różnic pomaga również Internet. W wirtualnym świecie nie ma znaczenia region, z którego pochodzimy, krew przodków, która płynie w naszych żyłach, czy też akcent jakim się posługujemy. Nie zmienia to jednak faktu, że nie da się z dnia na dzień zmienić mentalność Ślązaków. Dlatego antagonizm wciąż jest obecny w relacji Ślązak-Gorol. Znamiennym przykładem może być dyskusja na temat pomysłu stworzenia metropolii Silesia, w skład której miałoby wejść kilkanaście miast. Jak zareagowało sporo Ślązaków na wieść o tym, że częścią śląskiego megalopolis mogłyby być również miasta Zagłębia Dąbrowskiego? Zdecydowanym: nie! Dla zatwardziałego Ślązaka mieszkaniec Sosnowca czy też Dąbrowy Górniczej nie jest takim samym Ślązakiem lecz Zagłębiakiem, nijak więc nie pasuje do planu połączenia śląskich miast. Co więc nam pozostaje? Jak długo będą trwały te tarcia? Kiedy definitywnie zostanie zakopany wojenny topór? Które pokolenie będzie całkowicie wolne od wzajemnych uprzedzeń i animozji? Może dzisiejsze przedszkolaki będą już tymi szczęściarzami? Wiecie od kogo to zależy, prawda?


http://www.ras-chorzow.x-cms.pl/?sec=cu ... i%20Gorole
Forum mieszkańców Środuli - http://www.forum-srodula.pl
Avatar użytkownika
Administrator
Posty: 5899
Dołączył(a): Wt, 3 czerwca 2008, 22:42
Lokalizacja: Sosnowiec
PostNapisane: Cz, 30 kwietnia 2009, 19:20
http://wyborcza.pl/1,76842,6553613.html

Powstania na Śląsku to jedna z nielicznych rzeczy, które w XX wieku Polakom naprawdę się udały. Przyłączyliśmy do Polski kawał ziemi. 2 maja przypada 88. rocznica wybuchu III powstania śląskiego
Powstania na Śląsku to jedna z nielicznych rzeczy, które w XX wieku Polakom naprawdę się udały. Przyłączyliśmy do Polski kawał ziemi. Rozmowa z prof. Zygmuntem Woźniczką z Uniwersytetu Śląskiego*

Aleksandra Klich, Józef Krzyk: Czy powstania, które wybuchły 90 lat temu na Śląsku, były śląskie czy polskie?

Prof. Zygmunt Woźniczka: Powstania nazwałbym "śląską spontanicznością kierowaną przez Polaków". Pierwsze dwa zrywy wybuchły spontanicznie. Jednak trzecie, którego 88. rocznica przypada 2 maja, o największym zasięgu i zorganizowane po niekorzystnym dla Polski plebiscycie, było polskim powstaniem na Śląsku, a nie powstaniem śląskim. To była profesjonalna robota polskiego wywiadu. Wykorzystano propolskie ciągoty części Ślązaków i zorganizowano oderwanie kawałka niemieckiego państwa oraz przyłączenie go do Polski.

Oficjalnie rząd Wincentego Witosa potępił akcję zbrojną na Śląsku. Jednak potajemnie to powstanie wspierał. I to z wielką energią. Plan walki opracowała polska dwójka, czyli wywiad wojskowy. To "dwójka" przygotowała wystąpienia propolskie na Śląsku i dowody na to są w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Tutaj wysyłano oficerów już przed pierwszych powstaniem, tworzono sieć dywersji, animowano tworzenie harcerstwa, organizacji sokolskich (paramilitarnych), dawano na to pieniądze.

Wysyłano na Śląsk broń i amunicję, wypłacano powstańcom żołd. Gdy Niemcy przestali kupować węgiel z kopalń na opanowanych przez powstańców terenach, polski rząd po cichu płacił za niego. W przeciwnym razie górnicy straciliby pracę i poszliby do Korfantego z pretensjami: Po co nam te powstania, skoro nie mamy co do garnka włożyć?

Wszystkie te działania objęte były tajemnicą. Nigdy Polska nie była tak zaangażowana w sprawy Śląska jak na początku lat 20., ale oficjalnie mówiono: nie mamy z powstaniem nic wspólnego.

Tak od lat piszą niemieccy historycy. Polscy boją się takich sformułowań jak ognia. Podkreślają, że powstania wywołali i zorganizowali Ślązacy, a Polacy pomagali tylko w niewielkim stopniu, spontanicznie. Dlaczego tak ukrywano polską interwencję?

- Gdyby prawda wyszła na jaw, Niemcy z pewnością wykorzystaliby to przeciwko nam. Po pierwsze: sami mogliby wysłać wtedy na Śląsk swoje wojsko, a nie tylko ochotnicze oddziały. Po drugie: niemiecka dyplomacja mogłaby skłonić Francję i Anglię, mocarstwa, które były rozjemcą w sporze o Śląsk, do tego, aby przyznały im cały obszar. "Patrzcie, Polacy nie grają czysto, zgodnie z traktatem wersalskim o przynależności Śląska miał przesądzić plebiscyt, Polska nie umie się pogodzić z wolą większości, więc próbuje akcji militarnej" - wobec takich argumentów nawet przychylna Polsce Francja musiałaby przyznać Niemcom rację i poprzeć ich starania. Lloyd George, premier Wielkiej Brytanii, któremu na zawsze zapamiętamy słowa, że przekazać Polsce Śląsk to jak dać małpie zegarek, na początku III powstania i tak już bronił niemieckich racji: "Byłoby hańbą, gdyby miało się Polakom pozwolić na złamanie układu pokojowego i zajęcie Górnego Śląska, a Niemcom zakazać bronić tej prowincji, która do nich należała przez dwieście lat, a przez sześćset na pewno nie była polską".

Wojciech Korfanty nawet na łożu śmierci do niczego się nie przyznał. Polska racja stanu była dla niego najważniejsza.

Bez pomocy z zewnątrz powstańcy śląscy nie daliby sobie rady?

- Bez broni, pieniędzy i doświadczonego dowództwa? Przecież większość ze Ślązaków, którzy walczyli na frontach I wojny światowej dosłużyła się co najwyżej stopni podoficerskich. Potrafili dobrze strzelać i dzielnie walczyć, ale nie dowodzić i planować.

Tymczasem o militarnym powodzeniu III powstania już na początku przesądziła doskonale przygotowana operacja dywersyjna "Mosty", czyli wysadzenie przepraw na rzekach, aby odciąć Niemców na Śląsku od zaopatrzenia z głębi Rzeszy. W grupie Konrada Wawelberga, która przeprowadziła tę akcję, ponad połowa ludzi to nie-Ślązacy, wśród nich np. Stefan Baczyński, ojciec Kamila. To był majstersztyk, który w czasie II wojny światowej dowództwo Armii Krajowej wykorzystało przy planowaniu akcji "Wachlarz". Z kolei doświadczenia III powstania śląskiego, walki w terenie silnie zurbanizowanym, posłużyły dowództwu AK przy planowaniu Powstania Warszawskiego. Generał Stanisław Rostworowski, który w III powstaniu był szefem wydziału operacyjnego, te doświadczenia wykorzystał przy planowaniu akcji "Burza".

Co skłaniało Polaków z Kongresówki, Wielkopolski i Galicji, żeby wspierać Ślązaków?

- Dla wielu z nich powstania śląskie wpisywały się w ciąg naszych wielkich, romantycznych zrywów. Miałem okazję rozmawiać z Lidią Ciołkoszową, wdową po emigracyjnym przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej. "A, pan z Katowic, to pewnie wie, że mój Adam walczył w powstaniu?". Okazuje się, że Ciołkosz na ochotnika wstąpił w szeregi powstańcze, a ponieważ był jedyny w swoim oddziale, który miał jakieś wykształcenie, starsi powierzyli mu pisanie meldunków i czytanie map, został nawet dowódcą pociągu pancernego.

Z pomocą dla powstańców wyruszyli m.in. kadeci lwowscy. Jeden z nich, kapral Karol Chodkiewicz, potomek sławnego hetmana i zwycięzcy spod Kircholmu, zginął pod Lichynią niedaleko Koźla. W powstaniu brali udział ludzie tak różni jak Michał Żymierski, w 1945 roku marszałek Polski z woli Stalina, i Stefan Korboński, delegat rządu londyńskiego na kraj. Z kolei Adam Remigiusz Grocholski, ziemianin z Podola, uczestnik wojny z bolszewikami, był autorem rozkazu operacyjnego o rozpoczęciu III powstania śląskiego.

Dowodem na to, jak duże było zainteresowanie powstaniem śląskim, może być "Kurier lwowski" - przysłał na Śląsk swojego specjalnego korespondenta Romana Lutmana. Z kolei rada miejska Lwowa na wieść o wybuchu III powstania śląskiego odbyła specjalne posiedzenie w sprawie solidarności i pomocy dla Śląska. Przy pomocy hrabiny Franciszki Skarbkowej Lwów ufundował pierwszy sztandar powstańczy i delegacja władz miasta przyjechała specjalnie do Szopienic, żeby go przekazać.

Ale niektórzy politycy, z Józefem Piłsudskim na czele, nie interesowali się przyłączeniem Śląska.

- Harry Kessler - "czerwony hrabia" przy uwolnieniu Piłsudskiego z twierdzy w Magdeburgu wymógł na nim obietnicę, że nie będzie podnosił kwestii zaboru pruskiego. Ale Piłsudski zapowiedział: chwileczkę, nie będę niczego inspirował, ale gdy mieszkańcy tych ziem upomną się o przyłączenie do Polski, to nie mogę oponować i przeszkadzać.

Powstania śląskie udały się, bo zrobiła je w tajemnicy polska ekipa bardzo zdolnych polskich oficerów. Nieudaczników tu nie przysyłano. Potem ta "śląska emigracja" wróciła do Warszawy, Lwowa czy Krakowa i lobbowała na rzecz Śląska. Dlatego uważam, że traktowanie powstań śląskich jak mało ważnego regionalizmu jest niesprawiedliwe. W latach 20. Polska rzeczywiście wyciągnęła rękę i pomogła przyłączyć Śląsk. A nie wszyscy byli przekonani o takiej potrzebie. Np. Witos przekonywał, że po co nam Śląsk z kopalniami i hutami, skoro kołem napędowym polskiej gospodarki będzie rolnictwo. Te silne tendencje agrarystyczne lekko stopowali tacy politycy jak Korfanty. A w Sejmie ustawodawczym - Andrzej Wierzbicki, poseł i twórca związku przemysłowców Lewiatan.

W przemówieniu kolportowanym potem w formie broszurki "Prawda o Górnym Śląsku" przedstawił ekonomiczne argumenty za połączeniem Śląska z Polską. Szybko się okazało, że miał rację - biedna Polska musiała się oprzeć na Śląsku, który stał się lokomotywą rozwoju, pociągnął kraj ku nowoczesności. Dziś zupełnie tego nie doceniamy.

Dziś nie musimy się już obawiać niemieckiej reakcji, ale mało się o tym polskim udziale w powstaniu śląskim mówi. Dlaczego?

- Ciągle powtarzamy te same rzeczy, które utrwalano w czasach komunizmu, i boimy się wyjść z tego cienia.

Że powstania były zorganizowane i przeprowadzone przez Ślązaków, którzy chcieli, żeby ich ziemie "wróciły do macierzy"?

- Tak, jakby w tym, że Polska wsparła walkę Ślązaków było coś wstydliwego. Odium polityki ciąży nad tymi powstaniami bardziej niż nad jakimkolwiek innym wydarzeniem z historii polskiej. Powstania śląskie już w II Rzeczypospolitej traktowano instrumentalnie, były częścią frontu między sanacją a opozycją. W PRL-u początkowo tradycję powstańczą odrzucono jako nacjonalistyczną, ale potem wykorzystywano w propagandzie o "odwiecznie polskim Śląsku".

Teraz boimy się narodowości śląskiej, zwolenników autonomii, Eriki Steinbach. Ciągle poruszamy się w zaklętym kręgu stereotypów i wściekamy się, gdy ktoś mówi, że powstania widziane ze śląskiej perspektywy były tragedią i wojną domową. A przecież tak rzeczywiście było. Powstania podzieliły Śląsk, śląskie rodziny, zaciążyły nad losem tej ziemi. O tym też trzeba mówić.

Jednak z polskiej perspektywy powstania na Śląsku to była jedna z nielicznych rzeczy, które nam, Polakom, w XX wieku naprawdę się udały. Mamy syndrom płakania nad rzeczami, które spieprzyliśmy. Tymczasem wstydzimy się, że w wyniku powstania wielkopolskiego i powstań śląskich przyłączyliśmy do Polski kawał ziemi! Przy czym - na co warto zwrócić uwagę - Wielkopolskę straciliśmy w wyniku rozbiorów, a Śląska pozbyliśmy się kilkaset lat wcześniej! To był teren niemiecki, tym większy sukces, że przyłączyliśmy do kraju duży kawał nowoczesnego, liczącego się obszaru przemysłowego ówczesnej Europy.

Bez Śląska Polska byłaby znacznie dłużej krajem rolniczym, nie byłoby pieniędzy np. na Centralny Okręg Przemysłowy czy reformę Grabskiego. Śląsk stał się lokomotywą rozwoju, pociągnął Polskę ku nowoczesności. Z polskiego udziału w powstaniach powinniśmy być dumni, a nie wypierać się go.

Przegrane Powstanie Warszawskie stało się wśród młodego pokolenia modne, odkąd doczekało się swojego nowoczesnego muzeum, a powstania polskie na Śląsku - zwycięskie! - wciąż na taką placówkę czekają.

*Prof. Zygmunt Woźniczka, historyk z Uniwersytetu Śląskiego, autor wielu książek, m.in. "Z Górnego Śląska do sowieckich łagrów"," Trzecia wojna światowa w oczekiwaniach emigracji i podziemia w kraju". Jest autorem wystawy o Wojciechu Korfantym, którą od końca maja będzie można oglądać w Senacie RP


Średnio na temat, ale można poczytać ;)
Avatar użytkownika
Posty: 457
Dołączył(a): Pn, 2 lutego 2009, 17:29
Lokalizacja: Rubieże człowieczeństwa
PostNapisane: Pt, 1 maja 2009, 10:08
Konflikt w relacjach Ślązacy-Zagłębiacy dotyczy przede wszystkim kwestii ekonomicznych. Drugorzędnymi są tu kwestie administracyjne i mentalne. Nie należy wszystkich Ślązaków wrzucać do jednego worka i odgrzewać kretyńskie antagonizmy. Mam wśród Ślązaków wielu dobrych znajomych i nie ma między nami jakiejś bariery związanej z mieszkaniem po tej czy innej stronie Brynicy. Znam też jednak takich mieszkańców Śląska, którzy potrafią podejść do człowieka i wprost mu powiedzieć, że niepotrzebnie zajmuje miejsce na śląskiej uczelni bo tutaj mógł się kształcić się jakiś Ślązak. Każdy przypadek trzeba potraktować indywidualnie. Śląsk to mieszanka ludzi o róznych poglądach na świat i swoje najbliższe środowisko. Po obu stronach Brynicy znajdują się i skończone hamy i ludzie z którymi da się dogadać i świetnie współpracować. Antagonistów trzeba spychać na margines tak żeby nie mieli wpływu na naszą rzeczywistość. Liczy się dialog a nie kompleksy, których Zagłębiacy mają całkiem sporo na karku.
Avatar użytkownika
Administrator
Posty: 5899
Dołączył(a): Wt, 3 czerwca 2008, 22:42
Lokalizacja: Sosnowiec
PostNapisane: Wt, 26 maja 2009, 23:58
Może bardziej to pasuje do tematu o sporcie, jednak zamieszczam to tutaj gdyż trzeba pokazywać jak bardzo zagmatwana i przewrotna potrafi być historia...



Niepowetowana strata dla śląskiego futbolu. Teodor Wieczorek, legendarny piłkarz i trener, zmarł wczoraj w Chorzowie. Miał niespełna 86 lat.


W ostatnich latach mieszkał trochę w Dortmundzie, trochę w Chorzowie. Najmłodsi kibice mogą go nie kojarzyć, bo już dawno usunął się w cień. Ale przez kilkadziesiąt lat uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach śląskiej piłki. Prezes PZPN Wit Hanke proponował mu opiekę nad reprezentacją Polski w połowie lat 60. - Nie podjąłem się tej pracy. W centrali panowało przekonanie, że my, ze Śląska, to jesteśmy od roboty, a oni od myślenia - mówił "Gazecie". Odeszła jedna z największych sportowych legend naszego regionu XX wieku.

Niezwykłe losy Teo - bo tak go wszyscy nazywali - mogłyby stać się scenariuszem dobrego filmu. O Wieczorku głośno zrobiło się, kiedy był jeszcze nastolatkiem. Młodość przypadła na czas okupacji. Jako że Ślązacy mogli uczestniczyć w piłkarskich rozgrywkach, młodziutki Teo trafił do Germanii

Königshütte, czyli tak naprawdę przedwojennego AKS-u Chorzów. W czasie okupacji Germania stała się śląską drużyną marzeń; trzykrotnie zdobywała mistrzostwo regionu i uczestniczyła w mistrzostwach Niemiec. Wieczorek opowiadał nam o nocnej podróży pociągiem do Wiednia i minimalnej przegranej 0:1 ze słynną Vienną, która potem została wicemistrzem Niemiec za rok 1942 (dopiero w finale przegrała z Schalke).Nazwy Germania używano wtedy Chorzowie tylko oficjalnie.

- Kibice zawsze mówili, że idą na mecz AKS-u. Podczas spotkań z niemieckimi prezesami połowa zawodników mówiła po niemiecku, połowa po polsku i nikomu to nie przeszkadzało. Prezesom tak naprawdę zależało, żeby grali u nich dobrzy piłkarze, a narodowość nie była ważna. Na boisku odzywaliśmy się do siebie tylko po polsku i nie było z tego powodu żadnych nieprzyjemności - opowiadał nam Wieczorek kilka lat temu.

Choć grał w najlepszej wtedy drużynie na Śląsku, nie mógł liczyć na żadne wynagrodzenie. Mógł się cieszyć, że nie idzie na front! Piłkarze trenowali i rozgrywali mecze po godzinach pracy. - Jedyne pieniądze, jakie dostałem wtedy z klubu, to 100 marek po śmierci ojca w 1943 r. Klub zwracał mi też koszty przejazdu tramwajem na mecze i treningi - wspominał Wieczorek, choć warto dodać, że nie zawsze na przejazd... starczało. Przykład? W 1942 roku Wieczorek zagrał w spotkaniu juniorów Śląska z rówieśnikami z Brandenburgii. Rozegrano go - przy 50-tysięcznej widowni - jako tzw. przedmecz poprzedzający reprezentacyjny pojedynek Niemiec z Rumunią w Bytomiu. Śląscy juniorzy (Wieczorek był jedynym zawodnikiem z przedwojennego polskiego Śląska) wygrali 1:0. W tamtym meczu Teo zagrał w jednej drużynie m.in. z Friedrichem Labandem, który 12 lat później zostanie mistrzem świata. I właśnie na ten mecz w Bytomiu Wieczorek szedł pieszo do Bytomia... aż z rodzinnych Michałkowic!

Pracowali w młynie

W 1945 roku Wieczorek w dramatycznych okolicznościach zaprzyjaźnił się z Gerardem Cieślikiem. Pan Gerard nie mógł uwierzyć w śmierć przyjaciela. - Teo nie żyje?! O Jezu! O Mario! O ludzie! Wszyscy wokół mnie umierają... Właśnie idę na pogrzeb mojego przyjaciela... Co to był za człowiek! Przecież on mi życie uratował! - krzyczał wczoraj załamany do słuchawki.

Spotkali się w radzieckim obozie jenieckim w Brandenburgu nad Hawelą. Obaj trafili tam jako żołnierze Wehrmachtu.

- Pamiętam, jak podszedł do mnie młodziutki chłopak. "To pan jest Teo Wieczorek z AKS-u?" To był Gerard - opowiadał nam Wieczorek. Starszy o cztery lata zaopiekował się nastolatkiem. - Pracowaliśmy w młynie, nosiliśmy worki z mąką. Pomagałem wtedy Gerardowi. Rosjanie traktowali mnie dobrze, bo znałem ich język. Nauczyłem się go, bo kiedy grałem w Germanii, pracowałem jednocześnie w kopalni Michalkowitz z rosyjskimi więźniami... - wspominał. Dzięki temu, że mówił po rosyjsku, mógł się wstawić za Cieślikiem, który był już przeznaczony do wywózki do łagru! Rzeczywiście go uratował...

- Nie tak dawno spotkałem go przypadkiem na ulicy Wolności. Gdy był w Polsce często do mnie zaglądał. Tyle mieliśmy jeszcze do obgadania. Idę właśnie na grób mamy, pomodlę się też za Teo. Widać wrócił do Polski, żeby już tutaj zostać... - Gerardowi Cieślikowi łamie się głos...

Kiedy po wojnie wrócili na Śląsk, Cieślik namawiał Wieczorka, żeby przeszedł do Ruchu, ten jednak wolał grać w dawnej Germanii, czyli w AKS-ie. Grał w nim aż do 1959 roku, był tak dobry, że na przełomie lat 40. i 50. wywalczył miejsce w reprezentacji Polski.

Wystarczyło, że spojrzał

Ale choć Wieczorek piłkarzem był dobrym, to jeszcze większą karierę zrobił jako szkoleniowiec. Piłkarzy Ruchu doprowadził do mistrzostwa kraju w 1968 roku. Z kolei z sosnowiczan uczynił jedną z najsilniejszych drużyn w kraju. Na występach w Pucharze Ameryki w 1964 roku jego Zagłębie Sosnowiec potrafiło rozbić 4:0 Werder Brema, w sezonie 1964-1965 mistrza NRF! Tylko z Górnikiem mu się nie udało, kiedy przyszedł na Roosevelta wielka drużyna akurat się kończyła. Z zabrzanami zdołał zdobyć jeszcze wicemistrzostwo Polski w 1974 roku. Miał wtedy pod opieką syna Henryka, który w latach 70. zagrał na obronie 17 razy w reprezentacji Polski. Dziś jest przewodniczącym Rady Miasta w Chorzowie.

Gerard Cieślik: - Teo był trenerem z najwyższej półki. W swoim czasie mógł się z nim równać tylko Ryszard Koncewicz. Słynął z ciężkiej ręki, dyscyplina musiała być! Był otwarty na nowości, gdy usłyszał, że na zachodzie kładzie się większy nacisk na zajęcia z piłkami - zaraz to wprowadził w Ruchu. Bardzo przeżywał nasze mecze. Często płakał. Teraz to my zapłaczemy nad nim...

Eugeniusz Faber, inna gwiazda Ruchu: - Oj, jak takie wieści bolą... Niedawno zmarła jego Ada, ukochana żona... Kiedy my się pierwszy raz spotkali? To mógł być rok 1956. Mieszkaliśmy w jednej chorzowskiej parafii, u Świętego Antoniego.

Teo to bliziutko kościoła mieszkał, ja kilka ulic dalej. Chodziłem na jego mecze, gdy grał jeszcze w AKS-ie Chorzów. Przyjemnie było patrzeć, jak kierował obroną. On nie musiał krzyczeć, wystarczyło, że spojrzał. Miał posłuch w drużynie... Trenerem też był nietuzinkowym. W Ruchu prowadził mnie przez trzy sezony. Bardzo przeżywał mecze. Nie znosił przegrywać. Nieraz po ostatnim gwizdku ocierał łzy. Ogromną wagę przywiązywał do taktyki. Rywala mógł rozpracowywać godzinami. Pamiętam, jak przed meczami spuszczaliśmy już ze znużenia głowy, a Teo wciąż analizował i analizował. "Panie trenerze! Oni już tam zaczęli grać" - czasami ktoś zażartował i rzeczywiście zdarzało się, że wychodziliśmy na rozgrzewkę, a rywal ją kończył - wspomina Faber.

Lepiej poznał jego metody szkoleniowe, gdy skończył grać we Francji i wrócił na Śląsk. Został asystentem Wieczorka w AKS-ie Chorzów. - Teo był wymagający i tolerancyjny jednocześnie. Tytan pracy, mógł spać w klubie! Ze słabeuszy robił prawdziwych piłkarzy. Nikt nie przygotował mnie do sezonu lepiej niż on! To dzięki Teo grałem aż do 36. roku życia.

Ostatni raz spotkałem go pięć, może sześć lat temu. Na początku to go nie poznałem. Chyba sobie zafarbował włosy? Szedł wyprostowany jak żołnierz - tak go zapamiętam - kończy Faber.



Wieczorek furorę zrobił także w Sosnowcu, choć początki nie były łatwe. - Przejmowałem klub krótko po Ewaldzie Cebuli - też Ślązaku. Ewald wytrzymał w Zagłębiu bodaj sześć tygodni. Działacze przynieśli mu wymówienie na boisko. Nie należę do bojaźliwych ludzi, ale okrzyki: "Ciebie też wywieziemy! Już mamy dla ciebie taczki!" - do przyjemnych nie należały. Najgorzej było na początku - część kibiców nie nazywała mnie inaczej jak "Niemiec" - opowiadał nam Teo.


Z kibicami lekko nie było, a jak przyjął go zespół? - Piłkarze chcieli wygrywać i nie miało dla nich znaczenia, kto jest trenerem. Czy bramki strzelał Ślązak, czy Zagłębiak. W szatni czasami ktoś krzyknął: "Ty hanysie". W odpowiedzi usłyszał: "Ty gorolu!". I było po sprawie. Od początku wiedziałem, że zespół, kibiców, mogą zjednoczyć tylko zwycięstwa, i tak się stało - relacjonował Wieczorek.

- Pierwszy raz spotkaliśmy się w roku 1962. Stal Sosnowiec została właśnie przemianowana na Zagłębie - wspomina Zbigniew Myga, były piłkarz, a potem trener Zagłębia. - Teodor Wieczorek miał nas poprowadzić do wielkich sukcesów. I poprowadził! To było piękne pięć lat. Czołowe miejsca w lidze, dwa razy Puchar Polski. Bez niego to nie byłoby możliwe. W 1962 roku był jeszcze młodym człowiekiem, a mimo to stał się dla nas wielkim autorytetem. Nigdy nie mieliśmy go dosyć, to był nasz Alex Ferguson. Mogliśmy z nim pracować latami. Potrafił stanąć przed piłkarzem twarzą w twarz i wykrzyczeć mu w oczy, co o nim myśli. Nikt się jednak nie obrażał, bo też w swoich sądach był sprawiedliwy - opowiada Myga.

- Pamiętam jak pojechaliśmy na wyjazdowy mecz do Warszawy i dwóch naszych czołowych piłkarzy [Andrzej Jarosik i Władysław Gzel - przyp.red.] poszło nocą w miasto. Teo ich namierzył i odsunął od drużyny. Wolał zaryzykować porażkę, niż przymknąć oko na ich występek. Takim ruchem zyskał nasz szacunek, a my odwdzięczyliśmy mu się wygraną. Nie zamykał się tylko na piłkę, chociaż o sporcie mógł rozmawiać godzinami, wiedział jakie problemy ma każdy z piłkarzy - jakie lubi filmy, jakiej słucha muzyki. Jego odejście było dla nas wielkim zaskoczeniem. To była dziwna wymiana. Wieczorek poszedł do Ruchu, a z Chorzowa przyszedł do Sosnowca Artur Woźniak. Na Ludowym plotkowano, że trener Wieczorek poczuł się za pewnie, powiedział słowo za dużo i tak za to zapłacił. Piłkarze go żałowali, bo to był superczłowiek - kończy Myga.

Ojciec dobrze się trzymał

- To była niespodziewana śmierć - mówi syn, Zenon Wieczorek, były ligowiec i działacz Zagłębia, wychowawca w Zespole Szkolno-Przedszkolnym dla Dzieci Niesłyszących i Słabo Słyszących w Katowicach. - Ojciec dobrze się trzymał. Rozmawialiśmy, chodziliśmy na spacery... Zasłabł i poczuł się gorzej w poniedziałek. We wtorek rano wezwaliśmy na pomoc pogotowie. Niestety, nie udało się go uratować, miał wewnętrzny wylew...

Pogrzeb odbędzie się w piątek. Uroczystości rozpoczną się o godzinie 9 w parafii pod wezwaniem św. Antoniego w Chorzowie.


http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,3502 ... &startsz=x
Avatar użytkownika
Administrator
Posty: 5899
Dołączył(a): Wt, 3 czerwca 2008, 22:42
Lokalizacja: Sosnowiec
PostNapisane: Śr, 24 czerwca 2009, 01:31
Ślązacy z forum GW się dowartościowują i wybielają siebie (i swoją niby wyższość) prezentując najbrzydsze zdjęcia z przedwojennego Zagłębia...

http://forum.gazeta.pl/forum/w,10650,96 ... c.html?v=2

szkoda nawet się tam odzywać (bądźmy mądrzejsi od tamtejszych piszących)

a pomyśleć, że to o nas mówią, że deklarując się jako Zagłębiacy wzniecamy antagonizm... :roll:
po prostu chore umysły...

tak jak czytelnicy GW tak jak i sama gazeta nie jest zbyt przychylna Zagłębiu...
Avatar użytkownika
Posty: 2832
Dołączył(a): Śr, 4 czerwca 2008, 22:20
Lokalizacja: Środula
PostNapisane: Śr, 24 czerwca 2009, 08:17
Piotr Bielecki napisał(a):Ślązacy z forum GW się dowartościowują i wybielają siebie (i swoją niby wyższość) prezentując najbrzydsze zdjęcia z przedwojennego Zagłębia...


Ślązacy próbują udowodnić czy 70 lat temu i więcej, przeciętny obywatel mył się rano, wieczorem albo wcale...

Po prostu żałosne...
Forum mieszkańców Środuli - http://www.forum-srodula.pl
Avatar użytkownika
Posty: 2439
Dołączył(a): Śr, 4 czerwca 2008, 19:42
Lokalizacja: Będzin
PostNapisane: Śr, 24 czerwca 2009, 09:14
to nie Ślązacy-w-ogóle
to kilku ludzi, którzy nie mają co robić i siedzą na forach
nie uogólniajmy bo sami mamy ogrom pozytywnych przykładów z bezpośredniego działania
Avatar użytkownika
Administrator
Posty: 5899
Dołączył(a): Wt, 3 czerwca 2008, 22:42
Lokalizacja: Sosnowiec
PostNapisane: Wt, 21 lipca 2009, 23:11
http://www.tvs.pl/informacje/12987/

Gorzelik trochę o autonomii...

...spytany o autonomie do województwa śląskiego nie sprostował lecz... pociągnął dalej ;)

potem mówił o historycznym Górnym Śląsku jako autonomicznym obszarze (chyba wśród RAŚ nie ma za bardzo jasnej koncepcji co do obszaru)

Wąsowicz ewidentnie chciał dowalić Gorzelikowi ;) i wg mnie udało mu się...

Śląsk żąda autonomii, a Zagłębie dostępu do morza :D ;)
Avatar użytkownika
Posty: 457
Dołączył(a): Pn, 2 lutego 2009, 17:29
Lokalizacja: Rubieże człowieczeństwa
PostNapisane: Śr, 22 lipca 2009, 17:57
Z tym dostępem do morza to próbował zarówno Śląsk i Zagłębie ;) Jak? Zagłębiowskie i śląskie miejscowości przed II wojną światową zapisywały się do Ligi Morskiej i Rzecznej :mrgreen:

Posty: 388
Dołączył(a): So, 25 października 2008, 19:12
PostNapisane: Śr, 29 lipca 2009, 15:02
A mi tam się te zdjęcia starego Zagłębia podobają, cokolwiek by były wsiowe i ukazywały brzydotę ówczesnego regionu, pokazują historię i już :)
A do komentarzy nie ma się co odnosić - po co ruszać g... żeby bardziej śmierdziało? W tamtych czasach wszędzie było podobnie i ni ma co nad tym się użalać :)
Następna strona

Powrót do Tożsamość Zagłębiowska

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron